Bardzo imponują mi ludzie, którzy wykonują swoje zawody i realizują pasje twórcze
do późnych lat.

Mam tu na myśli głównie artystów i twórców. Są ponadczasowi, zmieniają się systemy, władcy, granice, a oni trwają.

Myślę o zespole The Rolling Stones, których płytę „the best of” wożę w samochodzie.

„The best of” zespołu The Rolling Stones

Mogą podobać się lub nie, są kontrowersyjni, ale trudno odmówić im pasji, werwy i młodego ducha.

Jest to dla mnie ważne, że w prawie niezmienionym składzie występują przez tyle lat i potrafili się dogadać. Nie tak, jak wiele innych znanych zespołów. One rozpadły się, a oni istnieją. I przez lata dają ludziom tyle fajnych przeżyć.

Dzieciństwo i młodość przeżyłam w zupełnie innej rzeczywistości niż obecna. Ale nie można zapominać o tym, co minęło, to jest historia, tkwi głęboko. Może to nie tylko z racji wieku jestem  bardziej tolerancyjna, mniej nastawiona na rzeczy materialne i bardzo cenię swoich przyjaciół, z którymi mamy wspólne wspomnienia.

Starszy brat mojej koleżanki wrócił kiedyś z ich koncertu z marynarką bez rękawów. Mówił, że tak nią machał, że poodpadały, w co nie bardzo wierzyliśmy. Ale lubił o tym opowiadać, a my mu na to chętnie pozwalaliśmy.

Mój znajomy,  Kazimierz  Sikorski, dziennikarz, jako nastolatek był na  pierwszym koncercie zespołu The Rolling Stones w Warszawie. Uwielbiam słuchać jego opowieści o tym wydarzeniu.

Pytania do Kazika: Byłeś na pierwszym (1967 r.) i na ostatnim (2018 r.) koncercie „Stonesów” w Warszawie. Czy porównałbyś swoje wrażenia i emocje?

Odpowiedź: Byłem dumny jak paw,  że zdobyłem bilet na pierwszy koncert The Rolling Stones w Warszawie w 1967 r. Wydałem na to fortunę, bo wszystkie wybłagane od taty (w domu nie przelewało się) pieniądze na wymarzone buty. Zamiast nich była wejściówka na Stonesów, odkupiona od kolegi z klasy. Chodziliśmy do technikum elektrycznego.

No i byłem świadkiem historycznego spektaklu, który doskonale pamiętam do dziś. Stałem przez cały koncert, zafascynowany pięcioma cudacznie ubranymi facetami z Londynu. Ich piosenki znaliśmy z pirackich płyt przywożonych z  Zachodu. Patrzyłem na spędzonych na koncert partyjnych aktywistów, którzy wstydzili się machać marynarkami i zmieszanych milicjantów, którzy pewnie pierwszy raz brali udział w tak dziwacznym zdarzeniu. Na estradzie Stonesi, niczym kosmici i duża część rozwrzeszczanej publiki, której mundurowym, choć łapy ich swędziały, nie wypadało uciszać… pałami.

Stałem oszołomiony i szczęśliwy, nie wierząc, że tam jestem, na wysokości dziewiątego rzędu w Sali Kongresowej i starałem się zapamiętać jak najwięcej szczegółów. Tańczącego jak derwisza Micka Jaggera, Keitha Richardsa, który sprawnie, w jedną kupkę zgarniał nogą biżuterię i maskotki ciskane przez fanki na scenę. Dziewczyny robiły to z uwielbiania dla gitarzysty i kompozytora większości przebojów  Stonesów. Słowa pisał Jagger. I niewzruszony jak posąg Brian Jones, założyciel i pierwszy lider  Stonesów. Była to jedyna okazja, by  zobaczyć uzdolnionego instrumentalistę na żywo… dwa lata później utonął w basenie. Jak można się domyślać, przyczyną śmierci nie były słabe umiejętności pływackie. Odszedł, mając 27 lat. W takim samym „przeklętym” wieku pożegnało się z życiem wielu innych  rockowych muzyków.

O koncercie mówiła nie tylko Warszawa, ale i cały kraj, rozbudzając miłość, wręcz uwielbienie dla muzyków. I tak jest do dziś, na ich koncertach widzi się trzy pokolenia: klaszczą dziadek z synem i wnukiem. Fenomen? Na pewno. Taki rodzaj miłosnej fascynacji i bezgranicznego uwielbienia, których nikt i nic nie zniszczyło przez wiele dziesięcioleci. I wszystko wskazuje na to, że to się nie zmieni.

Występ zespołu w Warszawie, 13 kwietnia 1967

Pytania do Kazika: Dla ich fanów metryka nie ma znaczenia. Nikt chyba nie myśli o nich jak o dziadkach… Skąd taki ich fenomen, według Ciebie?

Odpowiedź: Każdy z legendarnych Stonesów przekroczył już dawno siedemdziesiąt lat. O Richardsie mówią, że żyje wbrew prawom… biologii, bo po takiej ilości wypalonych papierosów, wypitego alkoholu i zażytych narkotyków nie powinno go być wśród żywych. Wciąż koncertuje z kolegami. Może trzyma się dzięki pracy, którą kocha. Wszyscy Stonesi przecież nie dla pieniędzy grają. Tych mają pod dostatkiem.

Gdy ojcowie straszyli nimi swoje córki, by uważały na takich facetów, oni śpiewali o „nieprzyzwoitej” miłości, o tym, że rządzący za nic mają społeczeństwa i wtedy pozostaje zostać „ulicznym wojownikiem”, bo bunt jest ważny w życiu każdego.

I pomyśleć, że niewiele brakowało, by „uśmiercono” Stonesów  na początku ich kariery, wkrótce po warszawskim występie. Na szczęście stał się cud. A było tak: Jagger i Richards trafili za narkotyki za kraty, groziła im surowa kara. W ich obronie stanął William Rees-Mogg, redaktor naczelny „The Times”. Napisał słynny wstępniak „Who Breaks a Butterfly on the Wheel?” (Który motyla kołem by łamał?). Tytuł zaczerpnął z wiersza Alexandra Pope’a, najsłynniejszego poety angielskiego Oświecenia. Nawiązywał do nie proporcjonalnie dużego wysiłku podejmowanego dla osiągnięcia błahego celu. Artykuł atakował kary więzienia dla młodych gwiazd rocka. Skutek był taki, że wyrok dla Richardsa uchylono, a Jagger dostał zwolnienie warunkowe.

Dla fanów liczy się tylko ich twórczość, którą widać w najmniej oczekiwanych miejscach. W zamkniętej niedawno po 32 latach restauracji Sticky Fingers w Manchesterze ( nazwa jednego z albumów Stonesów), której właścicielem był Bill Wyman, były członek grupy, kafelki w toalecie pokrywały słowa ich przebojów.  Do dziś nucą je miliony fanów na całym świecie i założę się, że za kilkadziesiąt staną się tak sławne jak utwory Bacha, Mozarta czy innych muzycznych geniuszy. Ktoś powie, że to inna muzyka, ale przecież liczy się tylko ta najlepsza, a taka jest w wydaniu Stonesów. Kto nie wierzy, niech poczeka te kilkadziesiąt lat i sam się o tym przekona.

Czy można porównać pierwszy koncert Stonesów w Polsce z tym z roku 2018? Tak, bo choć sporo tych samych  kawałków grali na obu i świetnie się bawiłem, to jednak ten występ z 1967 jest dla mnie ważniejszy. Stonesi zagrali w szarych czasach komuny i mogło ich podziwiać tylko kilka tysięcy szczęśliwców. Zdobycie biletu graniczyło bowiem z cudem. Mnie się to udało. Ich koncert sprzed 3 lat wymagał tylko kasy. Prawda, że proste.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.